Start arrow Biblioteka arrow Legendy i Opowiadania arrow O wojnie marakańskiej
O wojnie marakańskiej Drukuj
Oceny: / 1
KiepskiBardzo dobry 
Wpisał: Piotrek   
07.11.2010.

O wojnie marakańskiej

Autor: Piotr 'Piotrek' Hofman

Tekst pochodzi z Akademii Wiedzy w portalu Moorhold.

 

Nazywam się Sipur-James, moja matka była Theranką a ojciec Marakańczykiem. Całe dzieciństwo spędziłem, w tym pięknym kraju. Kiedy rozgorzała wojna, nie rozumiejąc do końca co się dzieje, w ślad za przyjaciółmi rzuciłem się w wir wydarzeń, które odmieniły moje życie. Zaczynam spisywać, moje dzieje, aby stały się one świadectwem moich czynów. Nie byłem nikim szczególnym, malowałem na murach napisy, przenosiłem wiadomości, śledziłem transporty i wiele innych rzeczy. W końcu przyszedł czas na bardziej niebezpieczną misję. Mam się udać na południe do plemienia Husa, przekazać powierzone mi informacje oraz wspierać w walce dzielnych sufickich wojowników. Nie jestem wprawdzie adeptem, ale z racji urodzenia i wychowania tajniki sztuk walki nie są mi obce. Wyruszam na 4 dni przed nowiem, aby linię frontu przekraczać w największych ciemnościach. Po dwóch dniach dotrę do strefy zakazanej, odtąd będę mógł iść tylko nocą. W dzień zostałbym z pewnością dostrzeżony przez jakiegoś ptaka, wysłanego z jednego z fortów aby szukał przeciwnika. Theranie wysyłają patrole, w których skład wchodzą władcy zwierząt, szkolący swoje sokoły, tak aby krążyły nad dawcami imion przemierzającymi pustynię.

Jestem w strefie zakazanej.

Każdego ranka szukam schronienia wśród skał wyrastających z piasków pustyni, modląc się do Pasji aby zesłały mi osłonięte miejsce. Jeśli bym go nie znalazł, ptaki na pewno ściągnęły by do mnie Theran. Mógłbym się jeszcze zagrzebać w piasku, ale nawet nie wyobrażacie sobie jak wiele ciał skrywa pustynny pył.

Po 8 dniach w końcu dotarłem wycieńczony do celu. Oazy nie było widać, ale wiedziałem, że ona tam jest, skryta pod potężną iluzją. Jeden z najdalej wysuniętych na północ obozów Sufików, przesławne plemię Husa. To stąd wyruszyła sławetna Iinari-fada, która zmiotła z powierzchni ziemi forty na zachód od czerwonych szczytów.

Kiedy stałem na szczycie, zimny pustynny wiatr przeszywał dreszczem moje ciało - klimat tutaj różnił się bardzo od tego z wybrzeża. Z radością zbiegałem po zboczu wydmy. Przebiegłem przez warstwę gorącego powietrza i moim oczom ukazała się osada. Konie leniwie skubały trawę przy wodopoju. W moją stronę biegli strażnicy, najpewniej zaalarmowani przez zwiadowców stojących wśród skał poza obrębem iluzji. Zmęczony oddałem zwój z informacjami, brodatemu człowiekowi w czarnej szacie. On zabrał pismo i pobiegł szybko w stronę namiotów. Dwóch innych podało mi wodę i zaprowadziło na miejsce gdzie mogłem spokojnie zasnąć.

Zanim zdążyłem się położyć, do namiotu weszła kobieta niosąc dzbanem. Naprawdę jedyną, rzeczą, na jaką miałem teraz ochotę był sen, ale nie mogłem uchybić staremu zwyczajowi, według którego córka wodza umywa utrudzone twarz i stopy wędrowca. Dziewczyna robiła to z gracją, wdziękiem i zaangażowaniem, o jakie nie podejrzewałbym mieszkanki pustyni. Będę się musiał dużo nauczyć o ich kulturze. Nawet nie wiem kiedy ze spuszczonymi nogami, w misce z wodą, zapadłem w twardy sen. Nie mam pojęcia kiedy poszła i czym natarła mi stopy, aby uwolnić je już na drugi dzień od zmęczenia i bólu.

Pozwolono mi spać do późna, nikt nie niepokoił mojego odpoczynku, aż do popołudnia, kiedy zostałem obudzony na posiłek. Teraz syty z niecierpliwością czekam co przyniesie los.


*


Staliśmy w dwóch szeregach, słońce powoli tonęło w morzu piasku. Bil-naden, stary wojownik i jeden z największych wodzów jakich wydała ta ziemia, przejeżdżał wzdłuż szyku, lustrując nasze twarze i monotonnie gładząc długo nie strzyżoną brodę. Odmawiał szeptem starą modlitwę. Wszyscy z niecierpliwością czekali, aż czerwone słońce odda niebo we władanie gwiazdom.

Otuleni płaszczem nocy, niepostrzeżenie opuszczaliśmy obóz. Bil-naden popędzał nas, od przeciwnika dzieliło nas wiele mil, a nie mieliśmy dużo czasu. Konwój to wielka szansa, ale trzeba go dopaść.


*

 

Konie zostawiliśmy w dolince, aby odpoczywały przed natarciem. Wraz ze zwiadowcami wdrapałem się na wydmę. Widziałem konwój, jak wielki tłusty robak zwinięty aby ochronić ciało przed chłodem nocy, czekał aby go rozdeptać. 15 wozów ustawionych w delikatną spiralę, było pilnowanych przez kilku strażników. Cofnęliśmy się, do koni. "Atakujemy!" - zakrzyknął wódz. Na początku powoli wjeżdżaliśmy na wydmę, by od jej szczytu ruszyć cwałem na spotkanie z przeznaczeniem. Od obozu, dobiegł nas paniczny głos gwizdków. Napiąłem łuk i wystrzeliłem w kierunku najbliższego pojazdu. W naszą stronę już sypały się strzały. Bełt zmiótł z konia jeźdźca przede mną. Dopadaliśmy powozów. W powietrze pomknęły kotwice i arkany. Teraz nawrót , cała obrona struktura właśnie przestawała istnieć, wyrwane z szyku wozy ciągnięte przez konie nie dawały już schronienia tym co stali za nimi. Kolejny nawrót aby wspomóc towarzyszy, którzy korzystając z powstałych już luk, rozpoczęli rzeź. Po drodze dopadłem utykającego, therańskiego psa, który spadł z wozu a teraz próbował uciec. Mój miecz ciął szybko, nie było nawet co się oglądać. Po pięciu minutach nie było już nikogo, kto próbował by stawić nam opór, już tylko dożynanie rannych, wiezionych na wozach. Razem z Alim wskoczyliśmy na platformę, ranni próbowali się osłaniać, ale nie było litości dla najeźdźców. Na koniec zostawiłem sobie ślepego, nie wiedział co ma robić - skulił się w sobie i piszczał. Chciałem się z nim pobawić, ale dostaliśmy sygnał do odwrotu, więc mój miecz rozciął brzuch. Musiał umierać długo topiąc się we własnych wnętrznościach. Ciekawe ilu z nich myślało, że uda im się stąd ujść z życiem. Od powrotu do domu dzieliło ich tylko sześć dni pustyni. Uciekając trzeba było się rozproszyć, w kilku osobowych grupkach łatwiej było umknąć z miejsca ataku, aby nocą podjąć wędrówkę do domu.


*


Wojownicy wracali przez trzy dni, my dotarliśmy po dwóch, nie wróciło 4. To był wielkie zwycięstwo naszej sprawy. Doprawdy do dzisiaj raduje się moje serce.


*


Znów wyruszyliśmy do walki. Skryci w wąwozie oczekiwaliśmy na kolumnę maszerującą doliną. Jakąś milę wcześniej, zostawiliśmy truchło wielbłąda, aby zmylić ptaki. Duży oddział najemników, sunął w dole, zwiadowcy wyraźnie zaniedbywali swoje funkcje.

Co im się dziwić, jeśli siedzimy tu gdzieś, to oni na pewno nie wyjdą z tego cało. Przecież nieraz można było natknąć się na dwóch czy trzech naszych zasadzonych aby dopaść tylko jednego żołnierza. Zwiadowców należało zabijać w pierwszej kolejności, bez nich armia Therańska stawała się niemal bezbronna. Usłyszałem gwizdek, i ruszyliśmy do ataku. Szybko wyjeżdżając się z wąskiego gardła, rozsypywaliśmy się na boki aby szeroką ławą uderzyć w bok kolumny. Pytacie o szyk​? Nie było szyku, to był napad, liczył się pęd i zaskoczenie. Lekkozbrojna jazda nie uderza klinem, rozcinając szeregi wroga, nie tratuje go zwartą linią, jej siła to szybkość. Uderzyć nim żołnierze utworzą mur z tarcz i włóczni, nie pozwolić im się zebrać, rozpędzić na boki i wtedy nic ich nie uratuje. Tak było i tym razem, dowódcy chaotycznie wykrzykiwali komendy, piechurzy zderzali się ze sobą. Kiedy dopadliśmy do celu niektórzy jeszcze ściągali tarcze z pleców. Wydawało się, że są już nasi! Łucznicy pozbawieni osłony rzucali broń i uciekali. Ciężka piechota zebrała się w kilka kup, z których co chwila ktoś osuwał się rażony strzałą. Popędziłem za uciekającymi żołnierzami, cięcie raz, cięcie dwa. Jeden się odwrócił zanurkował i uderzył mojego konia po nogach toporem. Wyleciałem w powietrze, jak z procy. Bolesne lądowania, już biegł do mnie, słyszałem jego krzyk, myślałem że zaraz zginę. Nie dobiegł, leżał z strzałą wystającą z czaszki. Podniosłem miecz i zacząłem się cofać, silny ból przeszywał moje lewe ramię. Wtedy to zobaczyłem. Nagle jedna z grup ciężkiej piechoty rozsypała się. Kilku wielkich orków z rzuciło się na jeźdźców, którzy byli najbliżej. Odział piechoty ruszył za nimi. Większość naszych odskoczyła, ale kilku zrzuconych z koni padło pod ciosami mieczy. Momentalnie korzystając z zamieszanie, kontratakujący dosiedli zdobytych zwierząt. Coś takiego widziałem po raz pierwszy w życiu, therańscy najemnicy w biegu wskakujący na konie. Z włóczniami rzucili się w pogoń za cofającymi się sufikami, aby nie dać nam możliwości kolejnego ataku. Słyszałem, że na północnym wschodzie, w zbuntowanej prowincji żyją ludy, których kobiety nawet rodzą w siodle. Chyba miałem ich okazje zobaczyć, ich dzikie wycie, jakby hien goniących rannego lwa. Byli tak samo dobrymi jeźdźcami jak my a może i lepszymi, nie bali się śmierci to było widać. Nasi już zawracali aby się zderzyć z garstką, ale sytuacja się zmieniła. Komuś nagle udało się pokierować najemnikami. Część chwyciła porzucone łuki, w stronę naszych poleciały strzały. Ośmieleni sukcesem najemnicy, osłaniając się tarczami ruszyli aby zebrać się w dużą masę. Bitwa była przegrana, Bil-naden zadął w róg do odwrotu. Jeźdźcy ze wschodu zginęli, ale uratowali cały odział. Wracając jakoś nie umieliśmy się cieszyć ze śmierci wielu wrogów, zbyt wielu naszych poległo, a może dlatego że zbyt wielu tamtych przeżyło. Nie umiem odpowiedzieć sobie na to pytanie.


*

 

Jadę teraz na koniu Sahima. Rękę spuchniętą, ale niezłamaną, trzymałem na temblaku. Prawą dłonią przytrzymując się jego pleców, rozmyślałem o starciu. Co zrobiliśmy źle?

 

*


Bil-nadn w obozie powiedział mi, że tak po prostu bywa, bitwa to chaos. Gdyby jeźdźcy nie zbliżyli się zbytnio do najemników, może nie stracilibyśmy inicjatywy ale kto wie, byli silni a on ich nie docenił.

Moja ręka powoli goi się. W obozie nie dzieje się dużo. Po ataku w wąwozie, ludzie są zmęczeni. Potrzebujemy spokoju na regenerację sił. Jęki rannych obniżają morale.


*


Dziś do obozu przybył Sefeha, jubruq, prowadząc ze sobą dwa robaki pustynne, wielkie na ponad 10 metrowe bestie. Kiedy je zobaczyłem poczułem dumę. Ciała horrorów zbudowane z siedmiu pierścieni, pokrytych rogowym pancerzem z setkami ostrych kolców, otwór gębowy z czterema rzędami zębów. Kiedy je zobaczyłem poczułem dumę. Oto nasz broń, nasza siła i zguba Theran. Sefeha powiedział, że uderzamy na Fabrike, że mamy się przedrzeć, przez linię fortów i zniszczyć jak wiele się da. Wiemy co to znaczy. To śmierć, ale rozkazy jest jasny, nie ma wątpliwości. Wszyscy boimy się śmierci, ale nikt nie zdezerteruje. To ofiara, która trzeba ponieść.

Ziarno zwątpienia zaczęło kiełkować wczoraj, kiedy ktoś usłyszał kłótnię Bil-nadena z Sefehą. Nasz wódz nie zgadza się na tę misję, nie widzi sensu w poświęcaniu ludzi. Krzyczał, że to nic nie da, że przecież nie ma kim nas zastąpić. Jeśli my zginiemy, nie nękane konwoje wzmocnią forty, a z fortów znów zaczną wyruszać łowcy jinari. Sefeha nie chciał dać się przekonać, mówił że nie można się ciągle bronić, trzeba atakować, że w górach, mają rację iż wielu wojowników traci serce i dlatego nie możemy wyrzucić Theran z Maraku. Zresztą nie ma gadania, to jest rozkaz od duchów. My tracimy serce, my? Nigdy go nie stracimy, nigdy. Jak mogą nas tak oceniać, nas dzięki którym w górach panuje względny spokój!


*


Staliśmy w promieniach zachodzącego słońca, gotując się do drogi. Bil-naden nawet nie zagrzewał nas do walki. Jeśli nasz wódz powiedział, że to daremna śmierć to na pewno tak było. Nikt nie kwestionował rozkazu i on wiedział, że pójdziemy. Był z nami szczery i za to byliśmy mu wdzięczni.

Nagle Sefeha padł, nie rozumiałem co się dzieje. Jego ciało ogarnęły konwulsje. Bil-naden krzyknął, że możemy się rozejść, razem z trzema wojownikami, porwał ciało maga aby zanieść je do namiotu. Z boku usłyszałem- Jinari przemówiły. Nie wiem co nas czeka. Wszyscy zastanawiamy się co się mogło stać?


*


Nasz wódz powiedział nam, że zostajemy, nie krył zadowolenia. W nas mieszają się uczucia radości i smutku. Nasi bracia z plemienia Defih, zginęli, nawet nie zdołali zdobyć fortu w oazie Feren. Szarża kawalerii rozbiła się na murach i utonęła w morzu ognia i strzał. Nasz wódz miał rację, frontalny atak na umocnienia nie miał sensu od blisko roku, kiedy Theranie wzmocnili je dodatkowymi bateriami dział ognistych.

Wśród nas szerzy się pytanie. Jak zatem mamy wygrać? Nie umiem sobie odpowiedzieć. Nie wiem nawet czy Bil-naden ma jakąś wizję. Czy ktokolwiek ją ma. Możemy ich nękać, ale co to da?


*


Morale bardzo spadło. Większość z nas nie obawia się śmierci, nienawidzimy Theran, odnieśliśmy wiele zwycięstw, ale wojownicy mówią, że została już niewiele ponad połowa plemienia Husa, a Theran nie ubywa, ciągle przybywają nowi. Kiedyś zdobywaliśmy forty i niszczyliśmy fabriki, teraz zostały tylko ataki na konwoje. Fortece coraz lepiej chronione, z potężnym spichlerzem pozwalały na obronę placówki, przez wiele tygodni bez zaopatrzenia. A przecież nie jesteśmy wstanie zniszczyć wszystkich konwoi. Jeśli zdobędziemy fort, to nie mamy siły żeby go utrzymać. Nawet nie obniżymy morale naszego wroga, bo się już nie da. Oni nie zaczną uciekać, bo na pustyni czeka ich śmierć, chcą tylko wysiedzieć w forcie i w spokoju doczekać do przegrupowania. Ale therańskim dowódcom to nie przeszkadza, forty staną się bazami dla najemnych adeptów i łowców niewolników, którzy nas wykończą. Jak mamy z nimi walczyć?


*


Sefeha w końcu wyszedł z namiotu i opowiedział nam po co walczymy. Mamy im dać czas, czas na wyszkolenie armii, jubruków, horrorów i wojowników, czas na zebranie sił, które będą mogły uderzyć na miasta Maraku i je zdobyć. Mówił od dolinie robaków, w której jinari gromadzą dziesiątki pustynnych horrorów. Mówił o armii, która jeszcze nie jest gotowa, ale już niedługo złamie kark Therańskim psom. Wlał w nasze serca znów poczucie sensu i misji. Nie wiem czy mówił prawdę, jeśli tak to naprawdę mamy szanse.


*


Wieczorem rozpoczyna się trzydniowe święto. Tak zwane dni pożegnania. Dwóch naszych braci zamierza wstąpić na ścieżkę chwały. Przez te dni wszystko było dla nich. Tańczące kobiety, wino i najprzedniejsze potrawy. Drugi dzień rozpocznie turniej jazdy konnej i strzelania z łuku, a potem znowu wino, tańce, kobiety. Ciekawe czy uda mi się pokonać jakiegoś adepta.


*


Z ostatnich dni nie pamiętam dużo, tylko przebłyski świadomości. Cały obóz oddawał hołd Samum, wiatrowi niosącemu szaleństwo, każdy zatracał się w świadomości, łącząc z matką naszą pustynią. Aż nastał dzień ostatni, dzień skupienia. Mężczyźni zebrani w wielkim namiocie podawali sobie z rąk do rąk fajkę. Każdy z nas wciągał opary hasihsu, aby połączyć się z duchami tych co już odeszli, aby oddać im hołd. Widziałem wojowników, którzy zginęli w ostatniej bitwie. Byli z nami, w kłębach dymu czułem zapach ich krwi, ich potu, słyszałem ich śmiech, ich głosy mówiące, że nie ma nic większego niż chwała, którą się okryli. Czułem i pragnąłem całym ciałem znów napoić piaski krwią naszych wrogów. Dziś tego nie rozumiem, ale wtedy chciałem być jednym z tych dwóch. Następnego dnia rano, każdy z nich wyposażony w spreparowane ziarna esencji ognia i powietrza wyruszył na północ, do miasta. Mieli zaatakować budynek sądu. Wejść tam wyciągnąć miecze zabić kogo się da a potem używając esencji wysadzić w powietrze, aby zabić jak najwięcej strażników. Chwała im za to. Ponieśli śmierć do domu wrogów naszych. Dzięki takim jak oni siejemy strach i nie będzie już spał spokojnie żaden Marakańczyk, który chce żyć w pokoju. Nie ma pokoju, jest wojna i każdy musi się w niej opowiedzieć, tylko tak możemy wygnać Theran. Tak mawiał Bil-naden i wierzymy mu.


*


Podobno do fortu Gawa przybyły posiłki. Blisko dwie setki żołdaków. Ponoć z jakimś młodym dowódcą, który zaraz pokłócił się z kapitanem fortu. Bil-nadenowi to się nie podoba. Pamiętał, co stało się pół roku temu. Stary Rusmeldf nie jest głupi, ostatni dowódca, który przybył do fortu skończył z nożem w plecach. Legioniści nie mający z nami szans w ciągu dwóch miesięcy stali się pustynnymi weteranami. Zamiast zniszczyć posiłki, za jednym razem, tak aby pozostali siedzieli cicho w forcie musimy się do dzisiaj męczyć, z liczną załogą wysyłająca patrole. Theranie, tropią każdy nasz ruch i obóz jest nieustannie zagrożony, zatruwają studnie oraz wyłapują ochotników. Ponoć byłem jedynym, który przedarł się tamtego miesiąca. Cały czas musimy uważać.

Nawet nie chcę myśleć, co jeśli liczność załogi się podwoi. Sefeha zgodził się z Bil-nadenem. Musimy wydać regularną bitwę legionistom. Wódz wie, że Rusmeldf nie wyprowadzi całych sił z fortu i że młody centurion, żądny sukcesu zabierze ze sobą ilu tylko zdoła. Starty będą duże, ale mamy przecież dwa robaki.


*


Obóz opuściliśmy przed świtem. Najpierw ruszyliśmy na północ by oddalić się od obozowiska. O wschodzie słońca, zwróciliśmy się w stronę jego złotej tarczy, powoli wyjeżdżając z kamienistego gruntu na miałki piasek. Do fortu mieliśmy około dzień jazdy. Ciągnięte za końmi gałęzie wzbijały tuman kurzu. Chcieliśmy, żeby nas widzieli. Kiedy słońce minęło punkt w którym przestaje unosić się i zaczyna opadać, nad nami zamajaczył sokół. Zwiadowcy therańscy, zapewne obserwowali co się dzieje. Nie mieli szans zobaczyć robaków, które zostały blisko dwie godziny za nami. Zatrzymaliśmy się, aby w cieniu baldachimów przeczekać największy skwar. Bil-naden miał nadzieję, że wieczorem stanie naprzeciwko therańskich żołdaków. Ja też czułem się gotowy.


*


Teraz siedzę na warcie, jest chłodno. Niedawno wróciliśmy do obozu. Bitwa nie poszła do końca po naszej myśli.

Słońce chyliło się ku zachodowi. Staliśmy w dwóch szeregach wzdłuż grzbietu wydmy. Blisko dwie setki legionistów ustawionych w dwa czworoboki jeden za drugim schodzili w dół doliny. Stałem obok Sefehy. My też powoli zaczynaliśmy zjeżdżać w dół. Pułapka była zastawiona, widziałem jak pierwszy z czworoboków wchodzi na mały wzgórek na dnie doliny. Dwa olbrzymie kształty wynurzające się, z piasku rozerwały szyk, miażdżąc przeciwników. Wśród żołdaków zapanował popłoch, nasi ruszyli galopem. Robaki ruszyły na drugi z czworoboków. Tamten jednak nie zamierzał ustąpić. Pierwsze szeregi przyklękły obnażając włócznie w następnych zobaczyłem, rzecz straszną. Kusznicy, nie zwykli, ale wyposażeni w tą straszliwą nową broń. Widziałem je już kiedy byłem w mieście, podobno stworzyli je zbrojmistrzowie z Talei. Ciężkie i wymagające długiego ładowania, były jednak bronią potworną. Ponoć bełt był w stanie przebić konia, wzdłuż. Potężna salwa uderzyła w robaki, raniąc je potwornie. Nawet gruby pancerz tych istot nie mógł być w pełni odporny na taką siłę. Mimo to bestie, parły do przodu zderzając się z rzędami włóczni. Sefeha energicznie wymachując ramionami i wykrzykując słowa zaklęcia miał zadać druzgocący cios. Całym swym ciałem czerpał moc od Jinari. Wtedy zobaczyłem trzech ludzi. Wybiegli chyba z drugiego czworoboku, poruszali się nadnaturalnie szybko, w biegu napinali łuki. Stop. Trzy strzały poszybowały w niebo. Widać było, że prowadzi je karma, jak nienaturalnie wygląda ich linia lotu. Chciałem zasłonić Sefehe swym własnym ciałem, nie zdążyłem. Rozbłyski zgasły a martwy jubruki osunął się na ziemię. Szybko podbiegłem do niego wyrwałem strzały tkwiące w jego ciele i wlałem eliksir ostatniej szansy. W dole trwała zażarta walka. Resztki pierwszego z czworoboków stawiały zacięty opór, jeźdźcom. Therański dowódca, potężnymi ciosami dwuręcznego miecza wycinając sobie drogę parł do przodu w kierunku Bil-nadena. Drogę zastąpił mu Difah, z jego paców wystrzeliły niebieskie nitki. Szkielet centuriona odmówił posłuszeństwa i wykonał skomplikowany piruet odwracając się tyłem do naszego wodza. To, wystarczyło by potężne cięcie zmiotło głowę najeźdźcy. To było ostatnie zwycięstwo Difaha, sekundę potem jego pierś przeszył oszczep. Z drugiego czworoboku w powietrze wzniósł się okrzyk radości, drugi z robaków właśnie zaległ martwy, nim w pomieszany szyk wpadli jeźdźcy. Teraz sprawnie formowali się na nowo.

Bil-naden widział, że walka nie ma już sensu. Pospiesznie porywaliśmy rannych i uciekaliśmy. Bitwa zakończyła się częściowym sukcesem. Prawie połowa, żołnierzy leżała na ziemi, sami nie straciliśmy tak wielu ludzi, owszem byli ranni, Sefeha, nieprzytomny jechał na moim koniu, ale dwa horrory zostały.

Bil-naden był ponury, nie sądził chyba, że trafi na karną i dobrze wyszkoloną piechotę. Normalnie drugi czworobok nie powinien wytrzymać natarcia robaków, rekruci zwykle rozsypywali się na widok horrora, a tu nie. Vasghotiańskie regimenty rzeczywiście nie były tym samym co rekruci z Talei, czy Indrisy. Słyszeliśmy już o nowej therańskiej doktrynie walki z jubruki, o wykorzystaniu łuczników. Ale pierwszy raz widziałem, jak skuteczni są w walce z pustynnymi magami. Tylko czekali, aż się ujawni! Sefeha nie miał szans. Widziałem jeden z grotów, nie wszystkie udało nam się wyjąć. To nie były zwykłe strzały, ale ciężkie o szerokim ostrzu, przekute, nie wiem czy nie magiczne. Ktoś się bardzo starał.

Po powrocie, jako, że nie brałem udziału w walce, wysłano mnie abym pełnił wartę, na południowym wzgórzu. To była spokojna i ciepła noc. Obóz zasnął na trzy godzin przed świtem. Choć w niektórych namiotach dalej paliło się światło, a kobiety opatrywały rannych.

Oparty o kamień patrzę na cienie, rzucane przez pierwsze promienie słońca. Krople rosy powoli parują z kolców ostrokrzewu, który rośnie spokojnie obok mojego siedzis...

Legionista Markus Plubiusz wojownik 4 centurii, 1 kohorty auxiliares z Vasghotii

Znalazłem ten dziennik, przy jednym z sufickich wojowników. Przeczytawszy, postanowiłem go dokończyć.

Bezpośrednio po starciu dowództwo nad nami objął Mezis, łucznik. Nakazał szybkie zebranie zwłok i rannych, a następnie wysłał sokoła do fortu. Potem stanął przed nami i powiedział, że musimy ich dopaść! Nie umiem się pogodzić z tym co zrobiliśmy, uczono nas by nie zostawiać rannych. Ruszyliśmy morderczym tempem po śladach. Kiedy dotarliśmy do bardziej kamienistego regionu i trop zaczął się urywać, myślałem, że wszystko na marne, że nasi ranni konają bez sensu. Elf uśmiechnął się tylko pod nosem i naciągnął łuk. "Strzało przewodniczko wskaż mi moje groty" powiedział i puścił cięciwę. Pionowo wystrzelony pocisk zawirował w powietrzu i pomknął na południe. Już wiedzieliśmy gdzie iść. Kilku zwiadowców ruszyło przodem. Nie wiem jak podeszli straże, ale nasz atak na obóz był pełnym zaskoczeniem. Pierwsza salwa z kusz opadła na namioty wzbudzając popłoch. Plemię Husa przestawało istnieć. Pod ciosami ginęły kobiety i dzieci. Nie rozumiem co kierowało weteranami - kiedy próbowałem brać niewolników, nie pozwolono mi. Widziałem ich twarze i bałem się im przeciwstawić. Wyciągnąłem z jednego z namiotów piękną dziewczynę, dostałbym za nią ładny mieszek złota. Mezis podbiegł do mnie i szybkim ruchem pozbawił jej głowy. Wojownicy wyskakiwali z namiotów z tarczami i mieczami, ale nie mieli z nami szans, odwaga i poświęcenie nie były przeciwnikiem dla legionowego wyszkolenia, pancerzy i broni. Grupa adeptów kierowana przez ich wodza starała się dobrnąć do koni by uciec. Pod ich mieczami padło kilku naszych. Wydawało im się, że mają szanse, kiedy potężny wybuch rozdarł powietrze. Nasz Mistrz Żywiołów jedną kulą ognia pomieszał ich plan. Nie byli na tyle słabi, żeby jedno zaklęcie mogło ich powalić. Dopadły ich miecze mój i innych adeptów z naszej centurii. Próbowali się bronić, ktoś po therańsku zaczął błagać o litość. Litości nie było. Mógłbym okazać serce kobietom i dzieciom, ale nie buntownikom. Widziałem jak dwójka dzieci wybiegła z obozu. Miały szanse - jeszcze 50 metrów i skryją się wśród skał. Zobaczyłem naszego dowódcę, który uśmiechając się wystrzelił. Chłopiec potknął się, zrobił jeszcze trzy kroki i padł. Jego siostra odwróciła głowę. Jedyne co zobaczyła, to lotki wystające z pleców, brata. Potem musiało być uderzenie, nie mogła się męczyć. Ciężki therański grot przebił jej czaszkę. Łucznik opuścił broń i rozejrzał się za nowym celem. Nałożył strzałę, naciągnął łuk, celował prosto między oczy. Ranny koń uwiązany do drzewa nie mógł uciec, wierzgał raniąc inne zwierzęta nim następna strzała skończyła jego męki. Konie, co one im zawiniły! Wydał mi się potworem. Miałem nadzieję, że nie stanę się taki, że ta wojna nie może robić z Dawców Imion horrorów.

Dopiero teraz to zrozumiałem. Jeśli zginą konie, nie będzie już nomadów, nie będzie już Sufików. Konie są zbyt wolne, a my musimy ich zniewolić i zniewolimy. Są dzielni, ale jest ich coraz mniej, niedługo ta ziemia wchłonie tyle krwi by przestać być ziemią ludzi wolnych, wtedy nic ich nie uratuje. Chwała imperium, chwała Therze.


Odsłon: 2150

  Skomentuj

Tylko zalogowani użytkownicy mogą komentować materiały .
Proszę zaloguj się lub zarejestruj.

Powered by AkoComment Tweaked Special Edition v.1.4.6
AkoComment © Copyright 2004 by Arthur Konze - www.mamboportal.com
All right reserved

 
następny artykuł »